Odwiedź też:
RSS
Fragment: "Miłość ci wszystko wypaczy?" czyli Ania Szuch powraca
Katarzyna Majgier
2009-08-28 11:34:42

Kolejna część dzienników Ani Szuch - tym razem do szaleństwa zakochanej - ukaże się już wkrótce nakładem wydawnictwa Akapit-Press. A u nas już teraz możecie przeczytać pierwszy fragment.

"Nie dowiedziono bezsprzecznie, że każda potwora znajdzie swego amatora, ale powszechnie wiadomo, że pierwsza miłość dopadnie każdego. Nawet tak długo opierające się jej istoty, jak Ania Szuch. Niedawno nie pojmowała po co tracić czas na chłopaków, teraz - bez przerwy myśli o jednym z nich. Czy miłość może wszystko... wypaczyć?"

Fragment:

Środa, 1 marca

Podobno jestem nad wiek rozwinięta umysłowo i mam zęby mądrości, ale jak przyjdzie co do czego, to jestem taka głupia, że coś strasznego!

Jutro kończę czternaście lat i mama niespodziewanie zapytała, co chcę dostać na urodziny.

To było coś nowego. Zwykle dostaję na urodziny to, co rodzice uznają za stosowne czyli ubrania, przybory szkolne i słodycze na pocieszenie. Tym razem mogłam sobie wybrać prezent. Powinnam była wykorzystać okazję, ale tak mnie to zaskoczyło, że powiedziałam mamie, że wszystko mi jedno, co dostanę, bo niczego szczególnego nie potrzebuję.

To oczywiście bzdura! Wcale mi nie jest wszystko jedno i potrzebuję bardzo wielu rzeczy: na przykład dodatkowej pamięci do komputera, pendrive'a, tabletu i empetrójki. Czasem myślę, że przydałaby mi się komórka, ale wiem, że to wszystko jest drogie i nie ma co przesadzać. Z tańszych i łatwiej dostępnych rzeczy chciałabym dostać gruby zeszyt do pisania pamiętnika i coś do układania włosów, żeby nie wyglądały jak rabarbar po eksplozji (wiem, że rabarbar nie wybucha, ale gdyby wybuchał, wyglądałby po tym tak, jak moje włosy). Mogłabym też dostać nowy plecak albo nowe buty. A jeśli chodzi o słodycze, to widziałam takie ciekawe czekoladki, ale kosztowały 16 złotych - dosyć dużo. Ale naprawdę były intrygujące...

Tyle, co do moich życzeń, którymi mogę się wypchać, bo nie wspomniałam o nich mamie. Co więcej, kiedy mama mi zaproponowała, żebyśmy razem poszły do centrum handlowego, kupić mi na urodziny coś do ubrania, powiedziałam jej, że nie mogę, bo muszę się uczyć! Nudna matematyczka zapowiedziała klasówkę, fascynującą zapewne jak flaki z olejem, a Maryna zadała nam jakąś syntezę epok, a ja nawet nie sprawdziłam, co to w ogóle jest...

No i jak normalnie nie mam daru przekonywania, tak tym razem mi wyszło. Mama zgodziła się ze mną, że rzeczywiście nie ma sensu, żebym poszła z nią. Sama mi coś wybierze...

Kiedy już była o tym całkowicie przekonana, dotarło do mnie, co zrobiłam. Miałam ochotę walnąć głową w stół z rozpaczy, ale to wzbudziłoby szereg pytań ze strony rodziny, a co ja im będę opowiadała, że dobija mnie własną głupota? Zamiast tego opiszę to sobie w pamiętniku, ku przestrodze, na przyszłość...

Chciałabym to jakoś odkręcić, ale nie wiem, jak...

W dodatku nie mam pojęcia, jak się na jutro nauczę tego wszystkiego, a szkoda byłoby dostać na urodziny jedynki. Pojęcia nie mam co to jest ta synteza epok.

Otworzyłam zeszyt i książkę, usiłując to zrozumieć, ale mam w głowie pustkę, przynajmniej jeśli chodzi o tę sprawę. W mojej opustoszałej głowie kołaczą się za to inne myśli - nieszczególnie związane ze szkołą. W sobotę moje kumpelki przychodzą do mnie na urodziny, nawet Nika przyjedzie, a ja nie mam pojęcia, jak urządzić imprezę w moim pokoju. Jeszcze rok temu nie przejmowałabym się tym, ale w ciągu ostatnich miesięcy zaczęłam bywać na urodzinach, którym nic, co mogę zorganizować nie tylko nie dorówna, ale nawet do pięt nie sięgnie.

A jakby mi było mało tego wszystkiego, to chyba się zakochałam i strasznie mnie to rozprasza.

Później

Chyba mam dziś szczęśliwy dzień. Plamy na słońcu, konfiguracja gwiazd albo zwyczajny zbieg okoliczności sprawia, że wywieram wpływ na moją mamę.

Najpierw ją przekonałam, że można mi dać na urodziny byle co, a potem, że koniecznie muszę się z dziewczynami pouczyć do syntezy epok.

- Do czego? - spytała zdumiona mama.

Ona też nie wiedziała, co to takiego!

Pocieszyło mnie to.

Od razu poszłam do Blondi, ona najlepiej z moich koleżanek zna się na imprezach i miłości, choć o tym drugim nie planowałam z nią rozmawiać. Żeby jednak nie było, że kłamałam własnej matce, na początek zapytałam ją o syntezę epok. Blondi też nie miała pojęcia, o co chodzi.

- Ale dobrze, że mi przypomniałaś, bo kompletnie mi to z głowy wyleciało - przyznała. - Odkąd się zakochałam, nie chce mi się słuchać Maryny.
- A wcześniej ci się chciało? - zdziwiłam się, bo lekcje z Maryną są nieciekawe i myślałam, że nikomu nie chce się jej słuchać.

Blondi roześmiała się, a ja pomyślałam, że może właśnie w tym jest sęk!

Ciągle się słyszy o tym, że ludzie opuszczają się w nauce, kiedy się zakochają. Dotychczas się nad tym nie zastanawiałam, a teraz - proszę! Dwa dni minęły i już dziura w mózgu na wylot!

Muszę tylko oswoić się z tą sytuacją i nauczyć się radzić sobie z nią na tyle, żeby nie za bardzo było widać, że coś ze mną nie gra.

Ale - uwaga! Blondi nie wie, że się zakochałam. Nikt tego nie wie, poza mną, bo jeszcze nikomu nie powiedziałam.

Na razie sama się z tym oswajam.

Co prawda w ciągu tych dwóch dób miałam wiele okazji, żeby zwierzyć się dziewczynom, ale nie mam pojęcia, jak. Wczoraj przez cały dzień się z tym męczyłam, aż uznałam, że powiem im w dniu moich urodzin. Czyli jutro.

Im bliżej do jutra, tym bardziej się tego boję.

Dlatego zastanawiam się, czy nie przełożyć tej rozmowy na sobotę, na oficjalne obchody moich urodzin. Zyskam trochę czasu na myślenie i nerwowe obgryzanie paznokci. Akurat zdążę je sobie ogryźć do łokci...

Razem z Blondi poszłyśmy do Pauli, spytać, czy wie, o co chodziło z syntezą epok.

- No pewnie! - odparła spokojnie. - To jakieś tabelki!
- Tyle, to wiemy! - odparłyśmy zgodnym chórem.

Wszystko, co robimy na polskim z Maryną to jakieś tabelki.

- Chodzi o to, że nie wiemy, jakie tabelki - wyjaśniłyśmy Pauli.

Wyciągnęłyśmy zeszyty, żeby dojść do ładu z tabelkami i syntezą epok, ale przypomniało nam się, że jest jeszcze Liliana, która pewnie też nie wie, o co chodzi, więc udamy się do niej. We czwórkę wymyślimy więcej niż w trójkę, a nawet jeśli nie, to będzie nam raźniej. No i jest jeszcze pewne prawdopodobieństwo, że Liliana przez przypadek wie, o co chodzi.

Niestety nie wiedziała.

Rozłożyłyśmy wszystkie nasze notatki z polskiego na jej łóżku i usiłowałyśmy je uporządkować. Teoretycznie wszystko już było uporządkowane, podzielone na tabelki, poukładane w przegródkach, jak śrubki i trybiki w szufladzie schludnego mechanika, tylko nie wiedziałyśmy, co mamy z tego złożyć.

Przysięgam, że próbowałyśmy, ale po około godzinie we wszystkich mięśniach mózgu miałyśmy takie zakwasy, że musiałyśmy odpocząć.

- To co? Idziemy do mnie na durny film? - zaproponowała Blondi. - Mama musi dziś zostać po godzinach, więc możemy szaleć.
- Jeszcze matma - przypomniała jej grobowym głosem Paula.
- Rzeczywiście - westchnęła Blondi. - Odkąd pani Kopara przestała nas uczyć, kompletnie się nie przejmuję matematyką.
- Ja też - zgodziła się Paula.
- Brak tej adrenaliny - przyznałam.

Liliana siedziała z obojętną miną.

- To co? Uczymy się czy pogadamy o czymś nie związanym ze szkołą? - spytała w końcu.

Blondi rozbłysła wewnętrznym blaskiem, którym świeci jak neonówka odkąd spotkała Wiktora.

- Mówiłam wam, że Wiktor...? - zaczęła.
- Mówiłaś - przerwałyśmy jej równocześnie.

W ostatnich dniach Wiktor został wielokrotnie odmieniony przez wszelkie przypadki. Wiedziałyśmy o nim wszystko to, co Blondi czyli więcej niż on sam o sobie.

Wiktor zaczynał nam wychodzić bokami.

- No to wyobraźcie sobie, że wczoraj Wiktor... - ciągnęła, niezrażona Blondi.

 
Warszawa
 

Copyright Reporter.pl 1996-2013