Odwiedź też:
RSS
Karolina XL - fragment
Marta Fox
2009-06-15 09:52:45

Maciora

Pierwszy raz usłyszałam to słowo, kiedy miałam siedem lat i chodziłam już do szkoły. Nie wiedziałam, co znaczy, ale czułam, że coś brzydkiego, dlatego zamknęłam się w kabinie do przebierania i siedziałam tak długo, aż moja mama i sprzątaczka mnie znalazły. Mama przyszła, by mnie odebrać z lekcji pływania, a ja siedziałam, bojąc się wyjść, by znów nie spotkać tego wysokiego chłopaka, który wchodził do basenu, gdy próbowałam się z niego wygramolić.

Na pewno znacie to uczucie, kiedy człowiek w wodzie czuje się lekki, leciutki i jak się odpowiednio ułoży, to nawet nie musi machać ani ręką, ani nogą, a woda i tak go utrzymuje. Najbardziej lubiłam opierać się rękami o brzeg basenu i markować pływanie. Wydawało mi się, że nic nie ważę. Gorzej, kiedy trzeba było wyjść z wody.

Wtedy spadały na mnie wszystkie kilogramy mojego ciężkiego ciała, nogi ważyły po dwadzieścia kilo każda, a na plecach dźwigałam co najmniej worek kartofli. – Pośpiesz się, macioro – powiedział chłopak w gumowym czepku na głowie i okularach na nosie, takich do pływania.

– Maciora, maciora, maciora – powtarzałam potem po cichu.

Powtarzałam, szukając innych słów, które by do tamtego pasowały, jak na przykład do Jurka. Bo jak Jurek, to wiadomo, że ogórek, kiełbasa i sznurek. A jak maciora, to co? Jak dzieci, to wiadomo, że śmieci. A jak maciora, to co?

Nie czułam, jak upływa czas, bo szukałam rymowanek, aż znalazłam: maciora, komora, zmora i nora. Nie wiedziałam wprawdzie, jak wygląda zmora, ale to coś złego, co dusi we śnie, bo czasem babcia tak mówiła:

– Dziś mnie zmora dusiła w nocy, ale na szczęście, obudziłam się.

Nora to proste słowo, lisy mają nory i krety. Nora może być wykopana w ziemi, ale też mówi się, że ktoś mieszka w norze, co znaczy, że byle jak i ma bałagan. Słowo „komora” też znałam, bo używała go nasza sąsiadka, pani Rępelewska, która lubiła wrzeszczeć z byle powodu, tak wrzeszczeć, że jak ja krzyczałam, to mama mówiła, że drę się jak stara Rępelewska. Otóż ta sąsiadka wrzeszczała na swojego męża, groziła mu, że zamknie go w komorze, kiedy przyszedł za późno z pracy, bo po drodze poszedł na piwko, a wypił pięć.

Maciora, komora, zmora i nora – tak sobie powtarzałam, siedząc w kabinie, w mokrym kostiumie kąpielo7 wym, i już zaczynało mi być zimno, więc się nakryłam ręcznikiem. Tak sobie powtarzałam, naprawdę, a miałam wtedy siedem lat, tak sobie powtarzałam, choć dalej nie wiedziałam, co znaczy słowo „maciora”. Czułam jedynie, że to coś bardzo wrednego.

Mama czekała na mnie, a ja nie wychodziłam i gdyby nie zrobiła rabanu, to może by mnie zostawili na basenie i poszli sobie do domu, a tak to zaczęli sprawdzać wszystkie kabiny, no i mnie znaleźli zziębniętą w kącie. – Co tu robisz, krasnoludku, dlaczego siedzisz w kącie? – zapytała mama i od razu mnie przytuliła.

– Kto ci zrobił krzywdę? Powiedz od razu, a wiesz, że się z nim rozprawię, bo nikt nie będzie krzywdził mojego krasnoludka.

Nie lubiłam, jak mama mówiła do mnie „krasnoludek”, ale jak nikt nie słyszał, to się nie buntowałam, bo mówiła to czule, jak to mama, która była dla mnie zawsze najukochańsza, nawet kochańsza niż babcia, bo babcia miała swoje za pazuchą, jak mówiła mama i musiałyśmy z nią czasem walczyć o swoje racje, bardziej mama niż ja, ale i ja się do tej walki dołączałam, jak potrafiłam.

– Co to jest maciora, mamo? – zapytałam, kiedy wycierała mnie mocno ręcznikiem i pomagała założyć ubranie.

– Maciora to świnia, kochanie, to taka gruba świnia, mająca małe świnki powiedziała mama – i nagle do niej dotarło, dlaczego pytam.

– Kto tak powiedział, krasnoludku? – wrzasnęła.

– Kto śmiał tak powiedzieć?

– Chłopak w basenie, w okularach.

– A to gad, już ja się z nim rozprawię, jak tylko mi go pokażesz. Jesteś kochanym krasnoludkiem, moja śliczna Karolinko, i nikt, absolutnie nikt nie może cię przezywać, pamiętaj, skarbie, że nim gruby schudnie, to chudego szlag trafi, zapamiętaj to sobie na zawsze i nie zasmucaj się z byle powodu.

– Musisz się bronić, krasnoludku – tłumaczyła mi przez całą drogę do domu – najlepiej od razu zaatakować, nie możesz wchodzić do kąta, pamiętaj, nigdy do kąta, lepiej kopnąć w tyłek niż uciekać.

Zapamiętałam tę naukę na całe życie. A powiedzonko „nim gruby schudnie, to chudego szlag trafi” stało się moim sztandarem na wiele lat szkolnego życia.

Na początku oczywiście miałam problem ze słowem „szlag”, bo znów go nie rozumiałam, ale szybko nadrobiłam braki w edukacji radzenia sobie na podwórku, w basenie i gdzie indziej, gdzie nie brakowało ludzików, uwielbiających dokuczać.

I tak mi już zostało z pierwszych lat szkolnych, że lubię słowa.

Lubię je zapamiętywać, gromadzić, używać i ciągle 9poszukuję nowych. Jak nie wiem czegoś, od razu sprawdzam.

Mam w domu dużo słowników: języka polskiego, wyrazów obcych, synonimów, słownik angielski, łaciński, niemiecki i francuski. Poza tym umiem szukać w Internecie.

Mama też była tęga i zupełnie się tym nie przejmowała. Mówiła, że taka jej uroda, a na urodę nie ma rady. Inna rzecz, że mama mi się zawsze podobała, innym ludziom też, co byłam w stanie docenić dopiero, kiedy stałam się nastolatką i rozumiałam słowa: biust, talia, biodra, nogi, uda, brzuch. Mamie niczego nie brakowało i wszystkiego miała w nadmiarze, ale w sposób proporcjonalny, co ważne, bo najgorzej to być kołkiem w płocie, gładkim i okrągłym z każdej strony.

Mama była tęga, ale gibka, wygimnastykowana i potrafiła zrobić szpagat, co nieraz pokazywała moim koleżankom. Miała szerokie biodra, duże wcięcie w talii, biust dorównujący biodrom i płaski brzuch. Jednym słowem – była superkobietą, na widok której faceci otwierali gębę i zapominali jej zamknąć.

Ze mną było, niestety, gorzej. Moje piersi nie osiągnęły nawet w przybliżeniu rozmiaru mamy, a mój brzuch w porywach wystawał bardziej niż biust. Nie potrafiłam zrobić szpagatu. Szczerze mówiąc, nic nie potrafiłam, każde ćwiczenie sprawiało mi trudność. Najbardziej ba10 łam się skoku przez kozła, to moja zmora, może ta sama, co dusiła babcię nocami. Mama mówiła, że to nie zmora tylko fobia, a wiadomo, że fobia to najczęściej wydumany lęk, ponieważ obiekt strachu nie stanowi prawdziwego zagrożenia.

Gdyby dziś ktoś chciał porozmawiać ze mną na temat fobii, to proszę bardzo, znam wszystkie, a przynajmniej większość słów, związanych z różnymi rodzajami fobii, co nie jest żadnym wyczynem, bo wystarczy to słowo wrzucić w wyszukiwarkę internetową i wyskoczy nam źródło wiedzy podstawowej, internetowej, czyli Wikipedia. Dziś wszyscy znają słowa: homofobia i ksenofobia, bo są często powtarzane w mediach. To są słowa bardzo polityczne i każdy szanujący się człowiek powinien wiedzieć, co znaczą. Mało tego: każdy prawdziwy człowiek powinien być daleko od homofobii i ksenofobii.

Ale czy wiecie, co to jest pupafobia i cibusfobia? Otóż pupafobia oznacza lęk przed lalkami, a cibusfobia przed piernikami, niekoniecznie starymi. Dziś wiem, że można odczuwać paniczny, nieuzasadniony lęk przed wszystkim: przed powietrzem, ogniem, burzą, zarazkami, wodą, wysokością, przestrzenią, zastrzykami, dentystą, samolotem, statkiem, umarłymi, nagością, chodzeniem, staniem, przed mostami, wystąpieniami publicznymi.

Och, dużo tego. Wszystko może być powodem dzikiego, nieokiełznanego lęku, dziś powiedziałabym także – lęku irracjonalnego, bo i takie słowo znam. Nie będę opisywać przez jakie lęki przeszłam, ale było tego trochę, jak jeden odchodził, to drugi przychodził, bo natura nie cierpi próżni, jak mówi babcia.

Kiedy miałam dziewięć lat, odkryłam, że to, co najbardziej lubię jeść jest niezdrowe. Bardzo niezdrowe i bardzo dobre. Założę się, że i wy do takiego wniosku doszliście bardzo wcześnie, może i wcześniej ode mnie. Na przykład uwielbiane przeze mnie słodycze są niezdrowe, prawda? Niezdrowe, bo zawierają dużo cukrów i kalorii. Rzecz w tym, że one zawsze były w naszym domu i mama mi nie zabraniała ich jeść, wprost przeciwnie.

– Chodź, osłodzimy sobie życie, krasnoludku – mówiła i zaczynałyśmy podjadki.

Jak nie było słodyczy w domu, a napadła nas chęć na podjadki, to mama potrafiła zrobić cukierki w rondelku z cukru, kakao, masła i mleka. I powiem wam, że czasem smakowały lepiej niż te ze sklepu. Bardzo też lubiłyśmy budynie, szczególnie czekoladowe, a jak były waniliowe, to z dużą ilością soku malinowego.

Budyń był pierwszą potrawą na ciepło, którą potrafiłam przyrządzić samodzielnie.

– Umiesz ugotować budyń, nie zginiesz, krasnoludku kochany – mówiła mama – a ja jej wierzyłam, bo mama to najukochańsza osoba na świecie, jak mi nie wierzycie albo macie inaczej, to wasza strata.

– Budyń jest lepszy i zdrowszy od chińskiej zupki z torebki – mówiła – chociaż zupki chińskie też polubiłam, szczególnie wtedy, gdy zaczęłam odkrywać inne smaki niż słodkie i zorientowałam się, że przygotowanie zupki polega na zalaniu jej wrzącą wodą i zostawieniu na pięć minut, a budyniu nieco więcej zachodu.

Niezdrowe są też hamburgery i frytki, nie mówiąc o ciastkach z kremem czy bitą śmietaną. Niezdrowe są lody, chipsy, kluski z sosem, pieczeń wieprzowa, kotlety schabowe, białe kiełbaski smażone z cebulką, hot dogi z ketchupem i musztardą, smalec ze skwarkami, kurczaki jedzone razem z przysmażoną skórką, gęste zupy, zabielane śmietaną o wysokiej ilości tłuszczu… i tak dalej.

Niezdrowe jest wszystko, co lubię jeść i co jem, a właściwie, co kiedyś jadłam nagminnie, a teraz od czasu do czasu, bo nie można się znów aż tak katować, no nie? Muszę dodać, że szczególnie niezdrowe jest w ilościach, które spożywałam, a jak się słusznie domyślacie, były to ilości pokaźne, ponieważ mój żołądek ma rozmiar nieco większy od przeciętnych.

Zdrowe są natomiast surówki i gotowane na parze jarzyny, które rzadko jadam, skoro ich przyrządzenie zabrałoby mi wiele czasu, którego mi najzwyczajniej żal tracić, bo przecież je się po to, by żyć, a nie żyje, by jeść. Dobrze mówię i nie ma w tym sprzeczności.

Naprawdę uważam, że jedzenie jest potrzebne do życia, a nie życie do jedzenia. I ta zasada, choć z każdej strony słuszna, stała się przyczyną mojej zguby, czyli zbyt obfitych rozmiarów w każdym miejscu. Problem na tym polegał w moim przypadku, że potrzebowałam bardzo dużo jedzenia do życia. Ponieważ jednak nie chciałam tracić czasu na jego przygotowanie, więc zapychałam się czym popadnie, co było pod ręką, byle szybciej się napchać, nie czuć ssania w żołądku i mieć czas na inne sprawy.

Stąd moja ksywa „Rozmiar XL”. Przyznacie, że brzmi przyzwoicie w porównaniu z maciorą. Po raz pierwszy tak mnie nazwał Kamil, już w gimnazjum, a Tomek, który miał patent na wymyślanie ksyw nauczycielom i uczniom, zaakceptował „XL” i niech tak będzie. Dobra, opowiem wam szczegółowo, jak to było z XL, bo zaczęłam chodzić na zajęcia z twórczego pisania i spodobała mi się ta zabawa w zapisywanie. Postanowiłam pisać tradycyjnie. Wszyscy blogują, a ja nie będę robić tego, co wszyscy, bo zawsze żyłam wspak. Moja mama też, więc nie chcę rezygnować z rodzinnych przyzwyczajeń i tradycji. Założyłam sobie plik w laptopie pod tytułem „Karolina, rozmiar XL” i to będzie moja opowieść. Nikomu jej nie pokazuję, ale piszę tak, jakbym miała czytelników. Może kiedyś...

 
Warszawa
 

Copyright Reporter.pl 1996-2013