Odwiedź też:
RSS
Labirynt odbić - fragment
Siergiej Łukjanienko
2009-05-19 11:26:01

"Labirynt odbić" to 1. tom słynnej dylogii uhonorowanej w 1997 r. prestiżową nagrodą Bolszoj Zilant - przyznawaną przez jurorów corocznie na festiwalu Zilantcon w Kazaniu.

Koncepcja powieści opiera się na założeniu, że każdy może wejść do Głębi - wirtualnej rzeczywistości, ale samodzielnie wyjść jest już trudniej. Dlatego zwykli ludzie potrzebują swego rodzaju budzika, timera, którego zadaniem jest, po ustawieniu odpowiedniego czasu, wyprowadzenie takiego osobnika z sieci. Niektórym zdarza się zostać w sieci dłużej niż może wytrzymać organizm i wtedy potrzeba pomocy tzw. nurka, człowieka odpornego na sieć, mogącego wynurzać się na zawołanie.

Leonid, główny bohater książki jest jednym z nich. Na dodatek na tyle dobrym, by dostać wyjątkowe zlecenie od tajemniczego mocodawcy oferującego w ramach wynagrodzenia legendarny Medal Bezkarności, zapewniający jego właścicielowi absolutną swobodę poruszania się po Głębi i robienia co mu się żywnie podoba. I tu zaczyna się właściwa jazda.

Fragment książki

Pierwszy ruch jest najtrudniejszy. W niedużym pokoju na środku stoi biurko, kable od komputera ciągną się do UPS-u i dalej, do gniazdka. Cienki przewód do linii telefonicznej. Pod ścianą, na której wisi kilim, stoi tapczan, a obok otwartych drzwi balkonowych mała lodówka, najważniejszy element wyposażenia. Pięć minut temu sprawdziłem jej zawartość – przez najbliższą dobę głód mi nie grozi.
Kręcę głową. W oczach robi mi się ciemno, ale to szybko mija. Normalka.
– Wszystko w porządku, Lonia?
Głośniki są ustawione na maksimum. Krzywię się.
– Tak. Dźwięk trochę ciszej.
– Dźwięk trochę ciszej – zgadza się Windows Home. – Ciszej, ciszej...
– Wystarczy, Vika – powstrzymuję ją.
Dobry program. Posłuszny, pojętny i serdeczny. Może zbyt zadufany, jak cała produkcja Microsoftu, ale da się wytrzymać.
– Powodzenia – mówi program. – Kiedy na ciebie czekać?
Patrzę na ekran, gdzie w aureoli pomarańczowych iskier pływa kobieca twarz. Młoda, sympatyczna, ale właściwie nic specjalnego. Jestem zmęczony pięknem.
– Nie wiem.
– Prosiłabym o pięć minut na samokontrolę.
– Dobra, ale nie więcej, za dziesięć minut będę potrzebował wszystkich zasobów.
Twarz na ekranie się marszczy – program wyodrębnia kluczowe słowa.
– Tylko dziesięć minut – mówi pokornie Windows Home. – Ponownie zwracam ci uwagę, że poziom stawianych mi zadań nie zawsze odpowiada pojemności mojej pamięci operacyjnej. Wymagane byłoby rozszerzenie do...
– Zamilcz – przerywam.
To brzmi jak rozkaz i program nie może nie posłuchać. Krok w lewo, krok w prawo... Ha, ha. To nie próba ucieczki, raczej dobrowolne uwięzienie. Podochodzę do lodówki, otwieram, wyjmuję puszkę sprite’a. Napój chłodzi gardło. To niemalże rytuał – Głębia zawsze wysusza śluzówkę. Z puszką w ręku wychodzę na balkon, w ciepły letni wieczór.
W Deeptownie prawie zawsze jest wieczór. Ulice zalane światłem reklam, cichy szum przejeżdżających samochodów, nieprzerwany strumień ludzi... Dwadzieścia pięć milionów stałych mieszkańców, największe megalopolis świata. Z wysokości jedenastego piętra nie mogę dojrzeć twarzy... Dopijam sprite’a, wyrzucam puszkę przez balkon i wracam do pokoju.
– To nieetyczne... – mruczy komputer.
Nie reaguję, wychodzę do przedpokoju, wkładam buty, otwieram drzwi. Klatka jest pusta, jasna i bardzo czysta. Gdy majstruję przy zamku, przez niedomknięte drzwi próbuje wlecieć maleńki żuczek. Aha, rozrywki lamerów... Z ironią obserwuję uprzykrzonego owada – z mieszkania wypływa strumień powietrza, odrzucając żuczka z powrotem. Zamykam drzwi, żuczek resztką sił uderza w nie – krótki błysk i „owad” spada na podłogę.
– Złożyć skargę na właściciela domu? – pyta Windows Home. Teraz głos dobiega ze srebrzystych szpil wpiętych w klapy mojej koszuli.
– Złóż – odpowiadam. Ciągle zapominam wyjaśnić programowi, że to ja jestem właścicielem domu.
Winda czeka na mnie na piętrze. Zwykle schodzę po schodach, zaglądam po drodze do cudzych mieszkań, w których nikt nie mieszka... ale teraz się śpieszę. Winda zjeżdża bardzo szybko. Wychodzę na dwór, na chodniku rozglądam się – może zobaczę amatora insektów? Ale nikogo podejrzanego nie ma, wszyscy śpieszą dokądś w swoich sprawach. Żuczek jest najwyraźniej przelotny, produkcja seryjna. Truje się je na ulicach, tłucze w mieszkaniach, ale one są niezniszczalne.
Ja też zajmowałem się kiedyś takimi głupstwami – bardzo, bardzo rzadko żuczkom udawało się przynieść ciekawe informacje.
– Lonia, na kompanię Polana złożono skargę. Najemca mieszkania numer jeden.
– Zignoruj – mruczę, obserwując idącego chodnikiem mężczyznę.
No, to jest coś – połączenie młodego Arnolda Schwarzeneggera i starego Clinta Eastwooda. Bardzo zabawne. Mężczyzna łowi moje kpiące spojrzenie i przyśpiesza kroku.
Unoszę rękę i po chwili przy chodniku hamuje żółta limuzyna.
– Lonia, twoja skarga na kompanię Polana została zignorowana!
– Nie szkodzi.
Można by to ciągnąć w nieskończoność, ale nie mam teraz głowy do takich gierek. Wsiadam do samochodu; kierowca – młody, uśmiechnięty chłopak, starannie uczesany, w wykrochmalonej koszuli – odwraca się do mnie. Wolę takich taksówkarzy, wyszkolonych i nie gadatliwych.
– Kompania Deep Przewodnik wita serdecznie!
Nie podaje mojego nazwiska – program zatrzymał taksówkę anonimowo.
– Jak będzie pan płacił?
– Tak. – Wyjmuję z kieszeni rewolwer i walę chłopaka w skroń.
Próbuje się bronić, ale jestem szybszy. Patrzę na jego pobladłą twarz, potrząsam za kołnierz i rozkazuję:
– Dzielnica Al Kabar.
– Nie ma takiego adresu – mówi kierowca. Jest teraz „ogłuszony” i pokorny.
– Al Kabar. Osiem, siedem, siedem, trzy, osiem. – Prosty kod otwiera dostęp do służbowych adresów Deep Przewodnika. Mógłbym nie uderzyć kierowcy, ale wtedy w plikach kompanii zostałby ślad mojego przejazdu.
– Zamówienie przyjęte. – Kierowca znów się uśmiecha, znowu jest wesoły i usłużny.
Samochód rusza. Patrzę w okno, widzę migające osiedla, zapchane wieżowcami, ze wszystkimi drobnymi śmieciami Deep­townu, ogromne, luksusowe biura koncernów, długie, szare korpusy IBM, wspaniałe pałace Microsoftu, ażurowe wieże Ameryki Online, skromniejsze biura innych potentatów komputerowych.
Nie brak tu także biurowców firm sprzedających meble, żarcie, nieruchomości, nie brak agencji turystycznych, kompanii transportowych, klinik. Każdej nieźle prosperującej firmie zależy na otwarciu w Deeptownie swojego przedstawicielstwa.
Deep Przewodnik funkcjonuje właśnie dzięki tej obfitości. Podróżowanie po mieście piechotą to dość czasochłonna i raczej monotonna rozrywka. Mkniemy po autostradach, hamujemy na skrzyżowaniach, wjeżdżamy w tunele. Czekam. Mógłbym kazać kierowcy wybrać krótszą trasę, ale wtedy musiałby połączyć się z dyspozytornią i zostawiłbym ślad.
Miasto kończy się niespodziewanie, jakby ścianę pałaców i wieżowców ktoś uciął gigantycznym nożem. Teraz jest tu droga, a za nią las – gęsty, nieprzebyty, oddzielający od codziennego zamętu tych, którzy nie chcą się afiszować.
– Zatrzymaj się przy następnej ścieżce – mówię, gdy mijamy zarośla mango i przejeżdżamy wzdłuż środkowoeuropejskiej gęstwiny.
– Do dzielnicy Al Kabar jeszcze daleko – oznajmia kierowca.
– Zatrzymaj się.
Samochód staje. Otwieram drzwi, wysiadam, odchodzę na krok od limuzyny. Kierowca pokornie czeka. Ja też. Na ­drodze widać światła, a świadkowie nie są mi potrzebni. No, na­reszcie...
Celuję w samochód i strzelam. Strzał jest niezbyt głośny, odrzut słaby, ale pojazd błyskawicznie staje w płomieniach. Kierowca siedzi bez ruchu, patrząc przed siebie. Po kilku sekundach Deep Przewodnik ma o jedną taksówkę mniej.
Dobrze. Niech to wygląda na zabawę pijanych chuliganów. Idę w las.
– To nieetycznie – dobiega ze szpil mamrotanie Windows Home.
– Optymalizowałaś się? To dobrze, będę potrzebował pomocy. Szukaj skrytki, kod „Iwan”.
– Świecące drzewo – oznajmia program.
Oglądam się. Aha. Oto ogromny dąb, migoczący czarodziejskim błękitnym światłem, widocznym tylko dla mnie. Podchodzę, wsuwam rękę do dziupli, wyjmuję ciężki pakunek. Przebieram się w płócienną białą koszulę i spodnie, owijam wzorzystym pasem. Krótki miecz w pochwie, kilka drobiazgów w kieszeniach. Skrytkę zrobiłem kilka dni temu, bezprawnie wykorzystując jeden z komputerów zarządu transportu kolei zakaukaskiej. Mają tam słabych programistów, nie zauważą mojej małej ingerencji.
– Gdzie strumień? – pytam.
– Na prawo.
Pochylam się nad wodą, wpatruję w moje odbicie. Kilka razy uderzam w nie dłonią, potem zaczynam wodzić palcem, rozmywając swoje oblicze. Teraz zamiast mojej twarzy z drżącego zwierciadła spogląda na mnie osiłek o kasztanowych włosach. Twarz dobroduszna i pospolita aż do obrzydzenia.
– Dziękuję – mówię do programu, prostując się. Przez chwilę stoję, napawając się zapachem lasu. Niech to diabli, strasznie dawno nie wychodziłem z tego miejskiego smrodu.
– Czy nie na mnie czekasz, mołojcu? – pyta ktoś za moimi plecami.
Oglądam się. Z gęstych krzaków wychodzi wielki, sięgający mi do piersi wilk.
– Może i na ciebie – mówię, patrząc na niego z zachwytem.
Jest fenomenalny! I naprawdę szary, a raczej czarny, z lekką siwizną. Gdzieniegdzie sierść jest zmierzwiona, do prawej przedniej łapy przyczepił się rzep.
– A może by cię tak zjeść, mołojcu? – pyta wilk i szczerzy kły, żółte, jak zęby palacza, jeden ułamany aż po korzeń. Stare wilczysko, które niejedno widziało.
– Czemu się po próżnicy chełpisz, pragniesz zakosztować mego miecza? – improwizuję. – Lepiej odsłuż służbę.
Wilk uśmiecha się i siada.
– A jak mi się odpłacisz, mołojcu?
– Trzy tysiące zielonych – oznajmiam.
Wilk z zadowoleniem kiwa łbem, trze łapą mordę.
– Al Kabar?
– Zgadłeś.
– Misja?
– Kradzież.
– Zleceniodawca?
Wzruszam ramionami – retoryczna odpowiedź na retoryczne pytanie. Zleceniodawcy nie lubią się afiszować.
– Spróbujemy – decyduje wilk. – Jesteś gotów?
– Tak.
– Wsiadaj.
Wsiadam na grzbiet wilka. Pędzimy przez las. Odruchowo uchylam się przed gałęziami, wilk śmieje się cicho. Niech mu tam, skoro go to bawi.
Kilka minut później wyskakujemy z lasu. Żółty piasek, silny gorący wiatr zmusza do mrużenia oczu. Przed nami szeroka na sto metrów przepaść, za nią miasto o wschodnim kolorycie. Minarety, kopuły, wszystko w tonacji pomarańczowo-żółto‑zielonej. Nawet nieźle się prezentuje. Nieco dalej, przerzucony nad przepaścią widnieje... no, powiedzmy, że to most. Cienki jak struna. Jeden jego koniec sięga murów opasujących miasto, drugi tkwi w rękach dziesięciometrowego kamiennego posągu z ohydną mordą.
– Ej, będzie robótka – stwierdza wilk. – Nie za tanio, Iwanie carewiczu?
– Licho wie – mówię, oglądając posąg. – O moście uprzedzali...
– Co masz ukraść?
– Dojrzałe jabłuszka.
– Aha, to po to ta maskarada. – Wilk znów chichocze. – A co w tych jabłuszkach?
– Nie wiem. – Zeskakuję z jego grzbietu i stoję, trzymając rękę na sierści. – Posłuchaj, ja tylko na sekundę, napiję się czegoś...
– Dobra – mówi wilk, oglądając się.
Przymykam oczy.
Głębio, Głębio, nie jestem twój. Puść mnie, Głębio...
Szarpnąłem się, wstałem. Przed oczami maleńkie ekrany – pustynia, przepaść, posąg, miasto w oddali. Ładnie narysowane. Al Kabar ma niezłych grafików.
Wirtualny hełm jest ciężki, to jeden z najlepszych modeli z seryjnej produkcji Sony. Z pięknymi kolorowymi ekranami, wspaniałymi głośnikami, wbudowanym mikrofonem, z klimatyzacją, dmuchającą powietrzem o odpowiedniej temperaturze – teraz to żar pustyni. Zdjąłem hełm, położyłem na biurku obok klawiatury. Na monitorze pojawiła się znajoma kobieca twarz:
– Przerwać zanurzenie, Lonia? – dobiegło z głośników.
– Nie, zaczekaj.
W realu mój pokój wygląda tak samo, jak w rzeczywistości wirtualnej, ale za oknem jest nie letni wieczór Deeptownu, tylko dżdżysta jesień Petersburga. Mżawka, klakson samochodu w oddali. Otwieram lodówkę, biorę sprite’a. Wreszcie się napiję... Wychylam się przez balkon... Oczywiście na dole nie leży żadna pusta puszka. Nic nie szkodzi, zaraz to nadrobię.
Wytarłem spocone włosy leżącą na krześle koszulą, usiadłem przy komputerze, sprawdziłem kabel, biegnący od wirtualnego kostiumu do deep komputera. Kostium pracował, lekko hamując ruchy, jakbym szedł po piasku. Lewą nogę ciągnęło trochę mocniej, program znowu szwankuje. Dobra, potem skalibrujemy.
Włożyłem hełm – i poczułem się tak, jakbym wsadził głowę do piekarnika. Łajdacy z Al Kabaru otoczyli się maksymalnie nieprzyjemnymi warunkami.
Znów patrzę na wirtualny świat, który na razie jest umowny jak tani film animowany. Ładny rysunek, ale toporny. Komputer nie może nic więcej wyciągnąć.
I nie trzeba. Czym byłaby Głębia bez człowieka?

 
Warszawa
 

Copyright Reporter.pl 1996-2013