Ja tam nie wiem, czy kiedyś trafię w Internecie na takie doskonałe odzwierciedlenie mojej wymarzonej fryzury. Może i nie umiem szukać, dlatego opiszę mniej więcej

.
Włosy rude. Ale takie rude, że rude i rude naturalne (konstrukcja tego zdania to efekt uboczny lekcji polskiego w mojej szkole... nieważne). Bardziej marchewkowe niż kasztanowe.
Długie. Bardzo długie. Takie za tyłek, żeby można było na nich usiąść. Ostatecznie, do pasa. Ale już nie takie strasznie długie, żeby majtały się przy nogach.
Właściwie to ich yyy... prostość (kręconość?) mogłaby być taka, jaka jest. Czyli takie ni takie, ni takie. Też nie falowane, chociaż najbliższe określenie. Takie moje, po prostu.
I żeby nie były tak przesuszone jak mam.
Ach, no i grzywka oczywiście. Grzywka, która się dobrze układa, nie wariuje i nie świruje. Nie jest za krótka, taka mniej więcej do brwi.
Włala...